Tragiczny poślizg pod Jordanowem odsłania historię wrocławskich automobilów

Tragiczny poślizg pod Jordanowem odsłania historię wrocławskich automobilów

FOT. Powiat Wrocław

Na tej samej trasie, którą dziś kojarzy się z budową drogi szybkiego ruchu, ponad sto lat temu doszło do wypadku samochodowego zakończonego śmiercią pasażera. W automobilu z Wrocławia podróżował berliński kupiec, a przyczyny tragedii do dziś pozostają niejasne. Historia prowadzi jednak dalej – do pionierskiej fabryki Beckmanna, pierwszych przepisów drogowych i sądowego sporu o to, czy strachliwy szofer może być dobrym kierowcą.

  • Poślizg pod Jordanowem trafił do gazety oddalonej o 400 kilometrów
  • Wrocławski Beckmann przeszedł drogę od welocypedów do automobilów
  • Sąd oceniał nie tylko wypadek, lecz także charakter szofera

Poślizg pod Jordanowem trafił do gazety oddalonej o 400 kilometrów

W 1910 roku okolice Jordanowa Śląskiego nie przypominały jeszcze ważnego korytarza komunikacyjnego między Wrocławiem a południem regionu. Samochody należały do rzadkości, a każdy poważniejszy wypadek mógł stać się wiadomością na długo. Tragedia pod ówczesnym Jordansmühl dotarła nawet do lokalnej gazety w Naunhof w Saksonii, oddalonego od miejsca zdarzenia o około 400 kilometrów.

Automobil jadący z Wrocławia wpadł w poślizg i przewrócił się. Na miejscu zginął kupiec Kirschner z Berlina, który doznał pęknięcia czaszki. Żona właściciela pojazdu odniosła ciężkie obrażenia wewnętrzne. Nie zachowały się informacje pozwalające rozstrzygnąć, czy zawiniła nawierzchnia, prędkość, czy połączenie obu tych czynników.

Wypadek wydarzył się zaledwie kilka lat po przełomie w motoryzacji. Mercedes miał już w ofercie sportowy model Simplex z silnikiem o mocy 40 koni mechanicznych. Peugeot rozwijał produkcję samochodów po wcześniejszym wytwarzaniu między innymi stelaży do krynolin, szkieletów parasolek, młynków do kawy i rowerów. Skoda, która zaczynała od rowerów, pokazała kilka lat przed tragedią swój pierwszy samochód Voiturette A – wyposażony w silnik o mocy 7 koni mechanicznych.

Wrocławski Beckmann przeszedł drogę od welocypedów do automobilów

Określenie „samochód” nie było jeszcze wtedy oczywistością. W dokumentach i prasie pojawiały się słowa „Motorenwagen” oraz „automobil”. Wzmianka o pojeździe z Wrocławia mogła mieć związek z miejscową fabryką Beckmanna, działającą w stolicy Dolnego Śląska w latach 1882–1927.

Zakład rozpoczął działalność od produkcji rowerów, nazywanych wówczas welocypedami. Z czasem wytwarzał kilka typów automobili, a w niektórych modelach montował również własne silniki. Samochody Beckmanna startowały w wyścigach i zdobyły renomę. Nie wiadomo jednak, czy właśnie taki sportowy pojazd brał udział w wypadku pod Jordanowem.

Przepisy nie nadążały za rozwojem techniki. Niemieckie rozporządzenie z 2 lutego 1910 roku ograniczało prędkość w terenie zabudowanym do 15 kilometrów na godzinę. Problem polegał na tym, że samo pojęcie terenu zabudowanego było bardzo nieprecyzyjne.

Rocznik informacyjny śląskiego oddziału niemieckiego automobilklubu z 1913 roku odwoływał się do ciągłości zabudowy, numerów budynków, oświetlenia ulic i nazw ulic. Rozproszone domy stojące w polu nie musiały jeszcze oznaczać obszaru zabudowanego. Dla kierowcy oznaczało to, że ustalenie dozwolonej prędkości mogło zależeć od oceny sytuacji, a nie od czytelnego znaku przy drodze.

Sąd oceniał nie tylko wypadek, lecz także charakter szofera

W tamtych czasach właściciel samochodu nie zawsze prowadził go osobiście. Zatrudnienie szofera było oznaką zamożności, ale nie zwalniało właściciela z odpowiedzialności za wybór kierowcy.

Adwokat Bick opisał przypadek, w którym kierowca potrącił na ulicy mężczyznę przechodzącego przez jezdnię ze spuszczoną głową. Sąd uznał, że właściciel auta powinien wcześniej sprawdzić, czy jego szofer potrafi szybko reagować i zachować zimną krew w ruchu miejskim. Według oceny sądu kierowca był „strachliwy z natury”, a ta cecha mogła zwiększać zagrożenie.

„Nie traktuj pieszych jak uciążliwej przeszkody, lecz jak cenne dobro, które zawsze należy chronić” – pisał adwokat Bick w roczniku automobilklubu.

Właściciel próbował przekonywać, że ostrożny, bojaźliwy kierowca jest lepszy od ryzykanta. Sąd nie podzielił tego argumentu. Uznał, że nadmierna lękliwość może prowadzić do niebezpiecznych decyzji, zwłaszcza gdy kierowca musi reagować natychmiast.

Bick przestrzegał również przed ucieczką z miejsca wypadku:

„Uciec z miejsca wypadku znaczy pokazać, że jest się tchórzem” – ostrzegał adwokat Bick.

Współczesne samochody, przepisy i oznakowanie dzielą od tamtych automobilów całą epokę, ale podstawowa zasada pozostała podobna. Na trasie z Wrocławia przez Jordanów Śląski liczy się nie tylko możliwość szybszej jazdy, lecz także czas na reakcję i odpowiedzialność za innych uczestników ruchu. Dawna rada automobilklubu nadal brzmi rozsądnie: kilka zaoszczędzonych chwil nie jest warte ryzyka wypadku.

na podstawie: Powiat Wrocław.

Ilustracja wykorzystana w artykule została pobrana z zewnętrznego źródła (Powiat Wrocław). W przypadku zastrzeżeń dotyczących praw do zdjęcia prosimy o kontakt.

Widzisz błąd lub nieaktualną informację? Zgłoś błąd, sprostowanie lub uwagę

Treści na stronie są opracowywane z wykorzystaniem sztucznej inteligencji