Hutmen miał własne ulice, kucyki i galerię sztuki na fabrycznym dziedzińcu

Hutmen miał własne ulice, kucyki i galerię sztuki na fabrycznym dziedzińcu

W jednej z wrocławskich fabryk niedziela potrafiła wyglądać jak małe święto miasta. Do zakładu przychodzili nie tylko pracownicy, ale też ich rodziny, znajomi i ciekawscy, a na miejscu czekały koncerty, pokazy, orkiestra i nawet dwa kucyki. Tę niecodzienną historię przypomina wystawa „Niedziela w Hutmenie”, którą do 12 kwietnia pokazuje Muzeum Architektury we Wrocławiu.

To opowieść o miejscu, które nie chciało być tylko halą produkcyjną. Hutmen przez lata budował własny świat – z uliczkami, stołówką, przychodnią, sztuką i rytmem pracy, ale też z pomysłem, by fabryka miała ludzką twarz. Dziś ta historia wraca w muzealnej sali i pokazuje, jak bardzo przemysłowy Wrocław potrafił kiedyś zaskakiwać.

  • Niedziela, która zamieniała zakład w miejsce spotkań
  • Fabryczne miasteczko z ulicą marzeń i Aleją Kucyków
  • Sztuka, Jagusia i pamięć o fabryce, która chciała być przyjazna

Niedziela, która zamieniała zakład w miejsce spotkań

Pomysł „Niedzieli w Hutmenie” narodził się z inicjatywy ówczesnego dyrektora Aleksandra Sałagi. Raz w roku zakład otwierał się dla pracowników, ich bliskich i wszystkich chętnych, którzy chcieli zobaczyć, jak wygląda produkcja od środka. W czasach, gdy fabryka kojarzyła się raczej z hałasem i obowiązkiem, tutaj pojawiała się przestrzeń do oglądania, słuchania i wspólnego spędzania czasu.

Frekwencja potrafiła zaskoczyć nawet organizatorów. Do Hutmenu dowożono ludzi tramwajami „Jaś” i „Małgosia”, a o wydarzeniu pisały media. W dniu otwarcia obecna na wystawie ekspozycja przyciągnęła tak wiele osób, że wejście do sali trzeba było dzielić na tury.

Na „Niedzielach” działo się bardzo dużo. Były konkursy, zabawy sprawnościowe, przejazdy kolejką, występy, kiermasze, pokazy mody i dyskoteki. Dzieci przebierały się za hutników, a zakładowy fotograf Tadeusz Pasternak dokumentował wszystko na bieżąco. Wśród atrakcji pojawiały się też koncerty, a jednym z bardziej zapamiętanych występów był ten Skaldów.

„Dla mnie bomba” – zapisał w księdze pamiątkowej Andrzej Waligórski.

Obok takich wpisów zachowały się też bardziej przyziemne głosy. Jeden z uczestników skarżył się, że żona dostała kwiatek, ale dla syna zabrakło odznaki. Takie drobiazgi dobrze pokazują, że nie była to tylko firmowa uroczystość, lecz wydarzenie, które naprawdę budziło emocje.

Fabryczne miasteczko z ulicą marzeń i Aleją Kucyków

Hutmen nie ograniczał się do produkcji. W latach 60. i na początku 70. zakład rozrastał się tak szybko, że zaczął przypominać osobne miasteczko. Między 1969 a 1972 rokiem powstało tam kilkanaście obiektów, w tym słynna hala tłoczni, ciągarni i wykończalni o długości 325 metrów. Jej charakterystyczny dach nazywany jest dziś jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów tego miejsca.

Teren wokół zakładu porządkowano z rozmachem. Pojawiły się klomby, ławki, wieża ciśnień i nazwy uliczek, które miały budować niemal utopijny obraz pracy. Była Aleja Uśmiechu, ulica Realizowanych Marzeń, ulica Przemian, Plac Śmiałych Inicjatyw, a nawet Aleja Kucyków.

Ta ostatnia nazwa nie była przypadkiem. Na terenie zakładu mieszkały dwa miniaturowe konie – Szlarka i Dąbek. Opiekowali się nimi pracownicy rozdzielni gazu, ale zatrzymywali się przy nich wszyscy, którzy przechodzili obok. Obecność kucyków, akwaria ze złotymi rybkami i zadbane otoczenie miały oswajać codzienność fabryki, która mimo wszystko pozostawała ciężkim miejscem pracy.

W pamięci osób związanych z Hutmenem została także codzienna infrastruktura, o jakiej w wielu zakładach można było tylko pomarzyć. Na miejscu działały przychodnia, żłobek, przedszkole, szkoła zawodowa, technikum, kioski z napojami i ciepłymi daniami, a także stołówka, w której – jak wspomina Ireneusz Prawdzik – jedzenia nie brakowało.

„Nie mieliśmy powodów do narzekania” – mówił o zakładowej stołówce.

To właśnie ten fragment historii sprawia, że Hutmen wykracza poza zwykłą opowieść o produkcji metalu. Dla współczesnego Wrocławia to ważny ślad po epoce, w której zakład pracy był jednocześnie miejscem codzienności, spotkań i całego zaplecza życia.

Sztuka, Jagusia i pamięć o fabryce, która chciała być przyjazna

Na wystawie mocno wybrzmiewa też wątek sztuki. W latach 70. Hutmen współpracował z Biurem Wystaw Artystycznych, a w zakładowej sali konferencyjnej działała znana galeria. Pokazywano tam prace Eugeniusza Gepperta, Hanny Krzetuskiej i innych artystów, a wernisaże odbywały się w poniedziałki o 14.00, tuż po pierwszej zmianie. Pracownicy nie tylko oglądali obrazy czy ceramikę, ale mogli też kupować dzieła, korzystając z nieoprocentowanych pożyczek.

To był pomysł odważny jak na realia fabryki. Najpierw sztuka wydawała się czymś obcym, później jednak zyskała odbiorców, zwłaszcza że znajdowała się tuż obok codziennej pracy. Ceramika i szkło schodziły szybko, a niektóre prace rezerwowano jeszcze przed końcem wystawy.

Ważną częścią tej historii są także rzeźby plenerowe ustawione między ulicą a zakładem. Jedną z nich była mobilna rzeźba-fontanna Tadeusza Tellera, która stała się symbolem miejsca. Pracownicy mówili na nią Jagusia. Jej imię ma kilka możliwych źródeł, a kuratorka wystawy Iwona Kałuża przypomina, że obok niej w zespole pracują także Michał Chadera i Agata Gabiś.

Dla twórców ekspozycji rzeźby nie były ozdobą bez znaczenia. Stanowiły część większej idei – miały „humanizować” miejsce pracy i sprawiać, by fabryka nie była wyłącznie przestrzenią wysiłku. Dziś to brzmi niemal jak komentarz do całej epoki: zakład miał produkować, ale jednocześnie otaczać ludzi czymś więcej niż maszynami.

Nie wszystko przetrwało bez strat. W 2023 roku Jagusia straciła głowę, a część dawnych elementów zakładowego krajobrazu zachowała się już tylko we fragmentach. Tym bardziej wystawa w Muzeum Architektury nabiera znaczenia – nie tylko pokazuje pamiątki po Hutmenie, lecz także przypomina o ostatnich śladach przemysłowego Wrocławia, którego nie da się łatwo odzyskać.

na podstawie: Urząd Miasta Wrocław.