Mroczne baśnie i ludowe wzory. Wrocławska ilustratorka zachwyca detalem

Mroczne baśnie i ludowe wzory. Wrocławska ilustratorka zachwyca detalem

W mieszkaniu Aleksandry Czudżak obok japońskich lalek stoją drzeworyty, a w szkicach wrocławskiej ilustratorki spotykają się węże, folklor i opowieści z lekkim dreszczem. Jej prace nie biegną za modą, tylko trzymają własny kurs – raz są surowe, raz czułe, ale zawsze dopracowane. To właśnie ta konsekwencja zaprowadziła ją od dziecięcych rysunków do książek, murali i wystaw oglądanych także poza Polską. Teraz o jej świecie znów będzie głośno, bo wkrótce pokaże nowe prace we Wrocławiu.

  • Nazwisko, które od razu każe słuchać uważniej
  • Baśnie, folklor i czerń z czerwienią
  • Osaka, zoo i pędzel jak z innej ligi

Nazwisko, które od razu każe słuchać uważniej

Nazwisko Czudżak nie należy do tych, które prześlizgują się obok ucha bez śladu. Sama artystka opowiada, że jego dawna forma mogła brzmieć „Czudży”, czyli „osobny” albo „cudzy”. I coś z tej odrębności w jej twórczości rzeczywiście jest. Widać ją w sposobie patrzenia na naturę, w cierpliwości do detalu i w niechęci do uproszczeń.

Rodzinne korzenie prowadzą do Lwowa, gdzie przed wojną działała piekarnia „Merkury”. Dziś, jak mówi ilustratorka, spotkanie z kimś o tym samym nazwisku niemal zawsze oznacza rodzinne powiązania, bliższe albo dalsze. Ale najważniejsze zdarzało się wcześniej, na długo przed zawodowym sukcesem. Dzieciństwo spędzone na koziej farmie pod lasem, „pośrodku niczego”, zostawiło w niej nawyk obserwowania świata bez pośpiechu.

„Sztuka obserwacji tego, co mamy wokół siebie” – podkreśla Aleksandra Czudżak.

To właśnie z tej uważności brały się pierwsze rysunki zwierząt i przyrody. Jeszcze jako dziecko stworzyła własną książkę o dziwacznych rybach, a mama pomagała jej spisywać wymyślone historie. Z czasem ta zabawa przerodziła się w świadomy język plastyczny, który dziś rozpoznają odbiorcy książek i plakatów.

Baśnie, folklor i czerń z czerwienią

W dzieciństwie otaczały ją bajki Disneya, ale większe wrażenie robiły na niej stare, ilustrowane książki. Te, które część dzieci mogłaby uznać za zbyt mroczne, dla niej stały się bramą do wyobraźni. Stąd fascynacja baśniami, surrealistycznymi motywami i postaciami, które nie są gładkie ani oswojone. W jej opowieściach pojawiają się też węże – motyw wracający uparcie, niemal jak sen, który nie chce odejść.

„Do dzisiaj kocham węże. Śnią mi się, ciągle do nich wracam” – mówi artystka.

Nieprzypadkowo tak dobrze odnalazła się w książce „Góralskie czary. Leksykon magii Podtatrza i Beskidów Zachodnich”, wydanej przez Tatrzański Park Narodowy. Czarno-czerwone ilustracje do tej publikacji łączą ludową swobodę z mocną, wyrazistą kreską. To właśnie ten zestaw przyniósł jej uznanie i nagrodę Srebrnego Miecza w konkursie Klubu Twórców Reklamy w kategorii „Craft Ilustracja/Publishing”, gdzie rywalizowało 1234 autorów.

Czudżak nie ukrywa, że ciągnie ją do sztuki ludowej, bo jest naturalna i pozbawiona nadęcia. W jej oczach ma coś pierwotnego, a czasem wręcz magicznego. Dlatego czerń i czerwień powracają w jej pracach tak często – są mocne, czytelne i trudne do zignorowania.

Osaka, zoo i pędzel jak z innej ligi

W mieszkaniu ilustratorki japońskie inspiracje widać od razu. Na półkach stoją kokeshi, na ścianach wiszą drzeworyty. Fascynuje ją estetyka, która potrafi być jednocześnie elegancka i lekka, dopracowana i pełna humoru. I właśnie taką energię stara się przenosić do własnych prac.

Jednym z najgłośniejszych przykładów była realizacja muralu w Osace, przygotowanego dla polskiego pawilonu na Expo. Na ścianie znalazła się dziewczynka w niebieskiej sukience, z chabrami i makami we włosach, dmuchająca w wiatraczek, obok której lecą jaskółki. Sam projekt powstawał pół roku, ale wykonanie na miejscu okazało się prawdziwym testem odporności.

Temperatura sięgała 38 stopni Celsjusza, wilgotność – 70 procent. Do tego rusztowania, które nagrzewały się niemal do granic wytrzymałości. Pomagały jednak nie tylko specjalne kombinezony z wentylacją, lecz także starsze mieszkanki okolicy, które przynosiły wodę i przy okazji chwaliły mural. W Japonii street art podlega zresztą ostrzejszym zasadom niż w Europie, a zgoda mieszkańców ma realne znaczenie. Z czasem lokalna dzielnica oswoiła się z murali i zaczęła traktować je jako coś więcej niż ozdobę.

„Ferrari wśród pędzli” – tak Aleksandra Czudżak mówi o ulubionym pędzlu przywiezionym z Japonii.

Nie jest to jednak jedyny wątek jej pracy poza książką. Artystka malowała także murale we wrocławskim zoo – w terrarium i wcześniej w ptaszarni. A przy projektach dla muzyków z duetu Kirschenbaum oraz przy opakowaniach dla cukierniczej marki Lukullus znowu wróciło to, co w jej twórczości najważniejsze: mała forma, mocny rytm i cierpliwe dopracowywanie szczegółów.

„Bo ja po prostu lubię detaliki” – przyznaje ilustratorka.

Właśnie dlatego jej prace tak dobrze pamięta się po obejrzeniu. Nie krzyczą. Nie narzucają się. Zostają w głowie przez drobiazgi, linie, układ postaci i kolory, które budują własny świat. Taki, w którym baśń nie musi być grzeczna, a ilustracja może mieć pazur.

Na koniec warto zapamiętać jedną rzecz praktyczną. Wystawa „Harpie” o kobietach i potworach, z pracami inspirowanymi mitologią, zostanie otwarta 21 maja w Recepcji na podwórku przy Ruska 46. To dobry moment, by zobaczyć z bliska, jak wygląda wyobraźnia, która umie łączyć mrok z ludową energią i precyzją godną jubilerskiej roboty.

na podstawie: Urząd Miasta Wrocław.