Dzieża i biurko niosą pamięć o chlebie i dwóch księżach

Dzieża i biurko niosą pamięć o chlebie i dwóch księżach

FOT. Powiat Wrocławski

W Regionalnej Izbie Pamięci w Kątach Wrocławskich stoją rzeczy, które mówią więcej niż niejeden dokument. Jedna z nich pamięta domowy chleb, drugą przez lata zajmowała się parafialna kancelaria, a jednak obie niosą w sobie ślady wojny, przesiedleń i zwyczajnego ludzkiego trwania. To nie są muzealne ciekawostki na chwilę. To materialne dowody tego, jak mocno codzienność splata się z historią.

  • Dzieża, która zamiast ciasta niosła też dziecięcy płacz
  • Biurko, przy którym zapisano kilka epok
  • W tych rzeczach została codzienność, która nie mieści się w podręcznikach

Dzieża, która zamiast ciasta niosła też dziecięcy płacz

W dawnych domach chleb nie był dodatkiem do stołu, lecz jego fundamentem. Pieczono go w domach, z wielkim szacunkiem do każdego bochenka, a drewniana dzieża należała do przedmiotów najważniejszych. W kąckiej izbie pamięci zachowała się taka właśnie dzieża – przywieziona z Helenkowa na terenach dzisiejszej Ukrainy, skąd rodzina ruszyła w drogę w sierpniu 1945 roku.

Jej historia ma w sobie coś szczególnego. Podczas kilkutygodniowej podróży na zachód naczynie nie służyło wyłącznie do wyrabiania ciasta. Stało się też wanienką do kąpania niemowlęcia. Jedna rzecz, dwa zastosowania, a za nimi cała opowieść o ludziach, którzy pakowali dobytek nie po to, by go oglądać, lecz by przetrwać.

Nieprzypadkowo w rodzinach repatriantów takie przedmioty miały wagę większą niż dziś można sobie wyobrazić. Kto zabrał dzieżę, ten zyskiwał szansę na własny chleb. Kto jej nie miał, musiał pożyczać naczynie od sąsiadów albo szukać piekarni, których było wówczas niewiele. Samo pieczenie oznaczało cały rytuał: rozczyn, długie wyrabianie, słomiane koszyczki i znak krzyża przed pierwszym krojeniem.

„Wstawała wcześnie, by z zakwasu przygotować rozczyn w drewnianej dzieży” – wspomina Stanisław Cały z Tyńca Małego.

To zdanie dobrze oddaje dawny rytm domu. Powolny, pracowity, oparty na prostych gestach. Dzieża w Regionalnej Izbie Pamięci przypomina właśnie o takim świecie – nieefektownym, ale ważnym do granic codzienności.

Biurko, przy którym zapisano kilka epok

Obok dzieży stoi dębowe biurko z XIX wieku. Sam przedmiot może wydawać się skromny, lecz jego znaczenie wynika z ludzi, którzy przy nim pracowali. Przez lata należało do parafii katolickiej w Kątach Wrocławskich. Na jego blacie zapisywano chrzty, śluby, pogrzeby i kolejne urzędowe sprawy aż do 2019 roku. W jednym meblu zamknęło się więc bardzo długie życie wspólnoty.

Z biurkiem związane są dwie szczególnie ważne postacie. Pierwszą był Adolph Moepert – ostatni niemiecki proboszcz. Urodził się w Chomiąży koło Środy Śląskiej, był doktorem filozofii, znał język polski i interesował się słowiańskimi nazwami miejscowości w okolicy. Nie opuścił parafian, gdy zbliżał się front. Zginął 17 lutego 1945 roku, zastrzelony przez pijanych radzieckich żołdaków, kiedy próbował bronić sióstr zakonnych. Jego grób za kościołem do dziś odwiedzają parafianie z Chomiąży.

Drugą postacią był Franciszek Piszczor, zwany też Piszczorem. Góral z urodzenia, Kresowiak z wyboru, przybył z Tłumacza pod Stanisławowem razem z dawnymi parafianami. W sierpniu 1945 roku dotarł koleją do Brochowa, a stamtąd ciężarówką do Gniechowic. W 1946 roku objął parafię w Kątach Wrocławskich i pozostał tam niemal dwie dekady. Wspierał ludzi, którzy przyjechali z różnych stron i często musieli dopiero nauczyć się wspólnego życia. Dbał też o pamięć o utraconych Kresach. To dzięki niemu w świątyni zawisł obraz przywieziony spod Stanisławowa.

W tych rzeczach została codzienność, która nie mieści się w podręcznikach

Takie eksponaty działają mocniej niż suche daty. Dzieża pokazuje, jak wyglądało domowe przeżywanie wojny i przesiedlenia. Biurko prowadzi przez zmianę świata, w której jedna parafia musiała zamknąć niemiecki rozdział i otworzyć polski. Razem tworzą opowieść o Kątach Wrocławskich, ale też o całym powojennym Śląsku, gdzie pamięć budowano nie tylko z dokumentów, lecz także z rzeczy zabranych w drogę.

Właśnie dlatego Regionalna Izba Pamięci nie jest zbiorem martwych eksponatów. To miejsce, w którym zwykłe drewno, zapis w księdze i stary obraz mówią o ludziach, którzy musieli zaczynać od nowa. A pytanie o to, jakie historie kryją się w domach mieszkańców, brzmi tu wyjątkowo naturalnie. Bo bardzo możliwe, że w wielu szafach i na strychach wciąż czekają podobne, ciche świadectwa rodzinnych dziejów.

na podstawie: Powiat Wrocławski.

Ilustracja wykorzystana w artykule została pobrana z zewnętrznego źródła (Powiat Wrocławski). W przypadku zastrzeżeń dotyczących praw do zdjęcia prosimy o kontakt.