Od pulpitu do żagli – Andrzej Kosendiak wciąż wraca na Odrę

Od pulpitu do żagli – Andrzej Kosendiak wciąż wraca na Odrę

FOT. Urząd Miasta we Wrocławiu

Zanim Andrzej Kosendiak stanął przed orkiestrą i zbudował jedną z najmocniejszych muzycznych marek Wrocławia, najpierw nauczył się czytać wiatr na wodzie. W jego opowieści wraca Odra, zatoczka przy Politechnice Wrocławskiej i chłopięce rejsy w kapokach, które dziś brzmią jak początek większej historii. To nie jest tylko hobby znanego dyrygenta. To drugi żywioł człowieka, który w żeglarstwie znalazł rytm podobny do muzyki.

  • Na Odrze zaczęła się lekcja wolności i odpowiedzialności
  • Wakacje na wodzie i dom, który płynął razem z rodziną
  • W morzu i muzyce Kosendiak słyszy ten sam ruch

Na Odrze zaczęła się lekcja wolności i odpowiedzialności

Wszystko zaczęło się jeszcze w latach 60., niedaleko Politechniki Wrocławskiej, w małej zatoczce na Odrze. Kosendiak dorastał na Biskupinie, a na wodę zabierała go ciocia Jadwiga, nazywana przez rodzinę ciocią Wisią – chemiczka i zapalona żeglarka, która pokazała chłopcom podstawy żeglowania.

„Miałem wtedy osiem, może dziewięć lat. Wystrojeni w dziwaczne kapoki kręciliśmy się po zatoczce między innymi na należących do uczelni jachtach L-kach”.

Te pierwsze rejsy miały w sobie i zachwyt, i odrobinę grozy. Łódki z nazwami zaczynającymi się od litery L – Latawica, Lebiega, Ladaco, Ludojad – były zgrabne, ale przy mocniejszym wietrze potrafiły kłaść się na wodzie. Potem przyszły lata spędzane już w klubie żeglarskim: Osobowice, Kunice pod Legnicą , Sława, Bożków. Były treningi, regaty, a zimą żmudna praca przy łódkach. Skrobanie, malowanie, przygotowywanie sprzętu na kolejny sezon. Żeglarstwo od początku uczyło więc nie tylko przygody, lecz także cierpliwości.

Jedno z najbardziej pamiętnych doświadczeń przyszło pod koniec października na Osobowicach. Wiatr przewrócił wszystkie łodzie, załogi wpadły do wody, a trener motorówką wyławiał je po kolei. Kosendiak pamięta nie tylko emocje, ale i smak gorącego bigosu z wojskowego kotła, który pomógł wszystkim dojść do siebie. To była lekcja, której nie dało się kupić ani odtworzyć z książki.

Wakacje na wodzie i dom, który płynął razem z rodziną

Z czasem żeglowanie stało się dla niego czymś więcej niż wakacyjną ciekawostką. W latach szkolnych i na studiach pływał po Mazurach, Zalewie Szczecińskim, Zatoce Gdańskiej, a także po Bałtyku. Później życie zawodowe nabrało tempa i pasja musiała zejść na dalszy plan. Dopiero gdy dzieci podrosły, wrócił do niej pełną parą i zaczął zabierać je na żeglarskie wyjazdy.

Dwoje z pięciorga jego dzieci ma dziś patenty sternika morskiego. Jeden z synów kilka tygodni temu płynął na „Kapitanie Borchardcie”, najstarszym żaglowcu pod polską banderą, u wybrzeży Hiszpanii. Najmłodszy, jedenastolatek, także ma już za sobą rejsy po morzu. W tej rodzinie żagle nie są dekoracją, tylko częścią codzienności.

„Woda i wiatr to moje żywioły. Gdy rzucam cumy i odbijam od portu, czuję, że na lądzie zostawiam całą swoją codzienność: zmartwienia, sprawy do załatwienia, pośpiech. Jest tylko wolność i natura”.

To właśnie w żeglowaniu Kosendiak ceni najbardziej to, czego na lądzie coraz częściej brakuje – czas, kontakt z ludźmi, prostą radość bycia razem. Na jachcie liczy się współdziałanie, a nie efektowny gest. Kto pływa, ten wie, że bez zaufania do załogi i bez podziału ról nie ma mowy o spokojnym rejsie. W jego przypadku to spostrzeżenie dobrze pasuje także do pracy artystycznej: dyrygent, organizator i profesor od lat działa przecież w przestrzeni, w której wszystko opiera się na relacjach.

W morzu i muzyce Kosendiak słyszy ten sam ruch

Żeglarstwo nie zostało u niego tylko w sferze wspomnień. Stało się też źródłem myślenia o muzyce. Kosendiak zwraca uwagę, że morze ma w sobie zmienność, napięcie, ciszę i gwałtowność – dokładnie te cechy, które odnajduje w wielkich partyturach.

„Morze to zmienność, gra świateł, tajemnica, różne nastroje, falowanie, nieustanny ruch – czasem łagodny, czasem gwałtowny i potężny”.

To nie przypadek, że tegoroczna edycja Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans im. Andrzeja Markowskiego została osnuta wokół „Smugi cienia” Josepha Conrada. Dla Kosendiaka to opowieść o dojrzewaniu, odpowiedzialności i momencie, gdy młodość ustępuje miejsca poważniejszemu spojrzeniu na świat. W jego interpretacji morze staje się nie tylko tłem, ale przestrzenią decyzji.

W programie znalazły się utwory, które prowadzą słuchaczy przez podobny pejzaż emocji:

  • „Morze” Claude’a Debussy’ego
  • „Four Sea Interludes” z opery Peter Grimes Benjamina Brittena
  • „To Be Sung on the Water” Samuela Barbera

Kosendiak podkreśla, że zestawienie repertuaru jest jego własnym komentarzem do przewodniego motywu festiwalu. Chodzi nie tylko o piękno dźwięku, ale też o pytanie, co dzieje się z człowiekiem, kiedy przechodzi przez kolejne etapy życia. W tym sensie żagle i muzyka spotykają się w jednym punkcie – w ruchu, który wymaga uważności, ale daje też poczucie sensu.

Dyrygent przyznaje, że z wiekiem coraz bliższy jest mu śródziemnomorski stosunek do codzienności: bez pośpiechu, z czasem na rozmowę przy stole, dobre jedzenie i smakowanie chwili. To dlatego podczas podróży chętnie próbuje lokalnych potraw, a wspomnienia z rejsów nosi nie tylko w pamięci, ale i w zmysłach. Morze, zapach ziół, smak wina, ciepło kamienia w słońcu – z takich drobiazgów układa się jego osobista mapa świata.

na podstawie: Urząd Miasta we Wrocławiu.

Ilustracja wykorzystana w artykule została pobrana z zewnętrznego źródła (Urząd Miasta we Wrocławiu). W przypadku zastrzeżeń dotyczących praw do zdjęcia prosimy o kontakt.